informacja o krajach:
zobacz okolicę Elbrusu:
w Moskwie jest teraz:
|
Czas trwania naszej wyprawy: 27 kwietnia - 8 maja 2001
Uczestniczyły 2 osoby: Dombroszczak i ja.
Na desce z Elbrusu - wiosenny wyjazd w Kaukaz
Opowiadań na temat Elbrusa było bez liku, sporo tez naszych rodaków stanęło na jego szczycie, zaliczając tym samym najwyższy szczyt Europy (5642 mnpm). Jednak bez wątpienia znikoma część urodzonych w kraju nad Wisłą nie dostąpiła przyjemności by nie rzec rozkoszy zjechania ze stoków Elbrusa na snowboardzie.
Ale zacznijmy od początku...
A były one trudne. Zebrała nas się grupka ludzi, którzy chcieli pojeździć na desce nie w Alpach, Tatrach czy Beskidach ale gdzieś dalej, gdzieś zupełnie indziej, w rejonach mniej znanych i uczęszczanych przez polskiego turystę. Ja będąc rok temu na Bliskim Wschodzie tęsknie spoglądałem na Liban gdzie widziałem wyciągi i moim zdaniem doskonałe warunki do jeżdżenia (co prawda byłem tam w lecie ale góry robiły wrażenie), jednak stanęło na tym, że jedziemy w Kaukaz. Jak już pisałem powyżej była nas garstka zainteresowanych wyjazdem, ale gdy przyszło co do czego, to okazało się, że zostało nas tylko dwóch. Sporo ludzi wycofało się po tym jak ekstremiści czeczeńscy podłożyli bombę w Mineralnych Wodach, gdzie jak wiadomo zginęło kilkanaście osób, a jakby nie patrzeć przez Mineralne Wody musieliśmy jechać.
Tak więc robimy ostatnie zakupy, pakujemy sprzęty, buty wpinamy w deski, deski pod pachy i wrzucamy wszystko do auta. Równo o 23:00 dnia 27 kwietnia AD 2001 wyjeżdżamy z Katowic by jak najszybciej dostać się do Przemyśla. Musiałem naprawdę szybko jechać bo po 4 godzinach jazdy o 3 rano jesteśmy w Przemyślu. Tutaj auto odstawiamy na strzeżony parking i przenosimy się na dworzec autobusowy. Pierwszy autobus do Lwowa odchodzi o 5:00 rano i to nas urządza, gdyż pociąg z Lwowa mamy o 9:22 czyli 8:22 polskiego czasu (+ 1 h różnicy w stosunku do naszego czasu). Jednak rzeczywistość jest okrutna – autobus choć jest jak byk w rozkładzie nie jeździ i nigdy nie jeździł o czym informuje mnie zaspana pani w kasie. Co mamy robić, bierzemy taksówkę do granicy i przed 5:00 rano jesteśmy na granicy w Medyce, gdzie dowiadujemy się że piesze przejście graniczne jest czynne dopiero od 7:00 !!!
Co za bzdura, gdzie tu sens, przecież my mamy ambicje wejścia do Unii Europejskiej a jesteśmy totalnym zaściankiem świata. Kto wymyślił, że jedno z nielicznych przejść z Ukrainą, bądź co bądź krajem większym od nas, nie „rabotajet” w nocy? Jesteśmy wściekli, przecież to nam kładzie cały wyjazd!!!
Jesteśmy jednak tak zdesperowani, że wprost na siłę wpychamy się do jakieś czeskiej furgonetki i tak przejeżdżamy polską odprawę celną i dojeżdżamy do ukraińskiej. Tutaj jednak kolejka spora a ukraińscy pogranicznicy puszczają tylko ukraińskie auta o reszcie świata zapominając. Wysiadamy więc z furgona i bezczelnie idziemy do groźnie wyglądającego celnika, wyłuszczając mu nasz problem. Każe kupić nam strachołki (obowiązkowe ubezpieczenie za 5 USD) i... czekać. Tak czekamy chyba z 1,5 h, przy czym żadne auto w tym czasie z pasa dla inastrańców nie wjechało do Ukrainy. Jest chyba koło 7:30 ukraińskiego czasu kiedy wściekli, niewyspani, głodni wprost atakujemy celników że musimy być najpóźniej o 9:00 we Lwowie. Nasze groźne miny, raki, czekany i deski muszą robić swoje bo w końcu pakują nas do rozklekotanej Łady. Umowa jest taka: my płacimy naszym przewoźnikom 20 USD (cena bardzo wygórowana, nie podlega negocjacjom) oni na czas zawożą nas do Lwowa (daja gwarancję i ręczą honorem). I zawieźli, przed 9:00 jesteśmy na dworcu we Lwowie, zaliczając po drodze prawie czołówkę i szaleńczą jazdę 10 letnią chyba Ładą.
Na dworcu bez problemu kupujemy 2 bilety KUPE (sypialne, zamykane przedziały) do Rostowa nad Donem za 153 hrywny na pociąg nr 46 (w byłym WNP operuje się głównie numerami pociągów) relacji Lwów – Adler. Wcześniej rzecz jasna zmieniamy pieniądze w dworcowym kantorze (1 USD = 5,35 hr). Rozkład jazdy pociągów sprawdziliśmy w internecie, także wiemy, że przejedziemy 1582 km, że pociąg ten jeździ tylko w dni parzyste, że w Rostowie będziemy następnego dnia o 18:59 i że o 20:40 będziemy mieli przesiadkę do Mineralnych Wód po czym przejedziemy kolejne 495 km.
We Lwowie nasze dechy budzą olbrzymią sensacje, ludzie podchodzą, oglądają, czasem ktoś o coś spyta. Z ulgą wsiadamy do pociągu, plecaki chowamy do schowków pod łóżkami, a deski na górę do schowka pod sufitem, który wprost idealnie na to pasuje i... idziemy spać.
Podróż mija nam głównie na spaniu, piciu piwa i zajadaniu miejscowych pierogów (pyszne!!!), które ciepłe i świeże można kupić na mijanych stacjach u tubylców.
W końcu granica, którą o dziwo przekraczamy bez żadnych przygód. Podstawa to wiza AB*, którą w banalny sposób i za darmo dostaje się od ręki w Polsce, no i deski, które są niepodważalnym dowodem celu naszej podróży. Naprawdę sielanka, a szczerze mówiąc obawialiśmy się tego momentu najbardziej. Jesteśmy zatem w Rosji i znów śpiąc i jedząc powoli dojeżdżamy do celu. Po drodze mijamy Morze Azowskie, pociąg jakiś czas jedzie wzdłuż wybrzeża i to jedyny widokowy akcent tego etapu naszej podróży.
O 18:59 (czas moskiewski + 2 godz. różnicy w stosunku do Polski) dnia następnego wjeżdżamy do Rostowa nad Donem. Tu wita nas lekki deszcz i totalny nieład, gdyż dworzec jest w przebudowie. Sporo kluczymy zanim docieramy do głównej hali dworca po czym zaczynamy się rozglądać za kantorem, gdyż nie mamy rubli. Czas nas znowu goni bo za 1,5 godz. mamy kolejny pociąg do Mineralnych Wód. I tu niespodzianka nigdzie w pobliżu nie ma kantora, wypytuję więc handlarzy ze straganów i oni kierują mnie do dworcowego cinkciarza, u którego po złodziejskim kursie (1 USD = 26 rubli) wymieniamy 100 USD, tracąc na tej operacji 200 rubli (normalnie 1 USD = 28 rubli). Od razu też pyta się nas czy nie potrzebujemy biletów, ale dziękujemy mu i kierujemy się do kasy. Tutaj niespodzianka nr 2 – biletów niet, możemy kupić dopiero na następny dzień. Znowu więc idziemy do „mafii dworcowej” i z pokorną miną prosimy „naszego” cinkciarza o pomoc. Facet wchodzi na zaplecze kas, po czym wraca mówiąc, że sprawę da się załatwić tylko mamy mu dać nasze paszporty (bilety w Rosji są imienne wystawiane na podstawie paszportu) i poczekać sobie gdzieś w poczekalni. Oczywiście nie zgadzamy się na takie rozwiązanie, więc on w ramach gwarancji daje nam plik banknotów. I tym razem nie zgadzamy się (przypomina mi się film „Dług” on daje nam kasę, bierze paszporty i załatwia bilety, oddaje paszporty i bilety, bierze plik banknotów i stwierdza że brakuje paru tysięcy). Okazuje się jednak, że najprostsze pomysły są najlepsze, spisuję nasze dane z paszportów na kartce i z tym w końcu idzie w swoje tylko wiadome miejsce załatwić co trzeba. Po 20 min mamy wreszcie bilety, ale zanim je dostajemy facet wyjmuje mały notes elektroniczny dokonuje kilku operacji matematycznych i wylicza nam cenę, którą mamy mu zapłacić: zamiast urzędowej 1080 rubli za dwa bilety płacimy 1500 rubli. Ważne jest jednak że możemy jechać dalej i rano będziemy w Mineralnych Wodach.
O 4:30 rano wysiadamy więc w Mineralnych Wodach, mile zaskoczeni: z pociągu wysiadł chłopak ze snowbordem!!! Więc jednak tam się naprawdę da jeździć!!! Już na peronie dopadają nas naciągacze oferując przejazd do Terskoła (miasteczko pod Elbrusem) po cenach raczej odstraszających. My tymczasem musimy zmienić pieniądze i kupić bilety powrotne, wchodzimy więc do budynku dworca, gdzie od razu łapie nas uzbrojony w kałasznikowy patrol i wpisuje (czyt. rejestruje) do specjalnej książki, ot taka rutynowa procedura dotycząca wszystkich przyjeżdżających do tego miasta.
Biletów na razie nie możemy kupić bo nie mamy wystarczającej ilości rubli, więc kierujemy się do poczekalni, w której kwateruje chyba cały oddział rosyjskich żołnierzy jadących do lub z Czeczeni. W ogóle czuć w powietrzu, że jesteśmy blisko działań wojennych (czyt. „operacyjnych”) bo wojska i przeróżnych służb mundurowych z nieodłącznymi kałachami jest mnóstwo. A propaganda twierdzi, że sytuacja się stabilizuje...
Tymczasem spotykamy parę Rosjan z Moskwy, którzy też jada tam gdzie my, z tą różnicą że oni mają narty a my snowboardy. Umawiamy się więc razem na transport obniżając w ten sposób znacznie koszty naszej podróży do Terskoła. Ci wspaniali ludzie słysząc też, że nie mamy pieniędzy pożyczają nam 1000 rubli na bilet powrotny. Kupujemy więc od razu tym razem bez żadnych problemów 2 KUPE do Kijowa na 6 maja.
Umawiamy się też na 12:00 z kierowcą na przejazd za 350 rubli od głowy. W międzyczasie w bezpośrednim sąsiedztwie dworca otwierają bank i zmieniamy 250 USD po oficjalnym kursie (28 rubli). Oddajemy pożyczone pieniądze naszym wybawcom, robimy zakupy i w samo południe jedziemy do Terskoła po drodze odbierając jeszcze dwójkę Rosjan z lotniska w Mineralnych Wodach, którzy też na deski przylecieli z Moskwy.
Po 5 godzinach (ok. 200 km) jesteśmy na miejscu, po drodze podziwiamy wspaniałe widoki malowniczej Doliny Baksan, absurdalne socrealistyczne, betonowe miasta, które tworzą niesamowity i przygnębiający kontrast do otaczającej przyrody i ...naprawiamy auto, które nie odpaliło po przerwie na sikanie.
|