homepage relacje z wypraw galeria księga gości o mnie ciekawostki

informacja o krajach:
Rosja
Ukraina

zobacz okolicę Elbrusu:
Elbrus

w Moskwie jest teraz:
   
Click for the latest Moscow / Sheremet Ye weather forecast.


Na desce z Elbrusu - wiosenny wyjazd w Kaukaz

Dolna stacja gondolki

Na miejscu po niezłym targowaniu wynajmujemy kwaterę za 100 rubli od osoby (początkowa cena 150 rubli) w obskurnym bloku położonym w środku lasu iglastego u stóp wspaniałych gór. Kwatera naprawdę jest komfortowa, mamy do dyspozycji pokój z TV, kuchnie z gazem, łazienkę z ciepłą wodą, telefon do rozmów lokalnych, czysto, schludnie i przytulnie. Nasi znajomi Rosjanie biorą drugi pokój. W ogóle cały blok jest w większości zasiedlony przez turystów, w ten sposób tubylcy dorabiają sobie i jak na tamtejsze warunki naprawdę nieźle z tego żyją. Położony na wysokości 2200 mnpm Terskoł jest takim samym socrealistycznym miasteczkiem jak inne, które mijaliśmy, są w nim sklepy, knajpy, poczta, duży kompleks sportowy (oczywiście wojskowy, choć dostępny dla cywili) z kortami, basenem, salą gimnastyczna, itp. W sklepach można zmienić pieniądze przeważnie po 27 rubli za dolara, kupić praktycznie wszystko do jedzenia i picia, a w knajpach zjeść tanie i całkiem smaczne posiłki (polecam hicziny – pyszne naleśniki z serem i sosem czosnkowym za 10 rubli porcja).
Następnego dnia 1 maja jedziemy do Azau (około 4 km od Terskoła), gdzie znajduje się dolna stacja kolejki gondolowej (identyczna jak na Kasprowy) na Elbrus.
Pogoda jest wyśmienita, wręcz upalna, słońce świeci niemożliwie, a pod kasami jest już spory tłumek amatorów białego szaleństwa, który jednak nijak się ma do dzikich tłumów w Kuźnicach.
Kupujemy całodniowy abonament za 180 rubli jeden, ważny na wszystkie wyciągi i czekamy na swoją kolej do wjazdu na pośrednią stację MIR (3000 mnpm). Trochę po 9:00 w końcu pakujemy się wraz z innymi do wagonika i zaraz potem przesiadamy się na pośredniej stacji MIR na kolejny wagonik osiągając w ten sposób wysokość 3500 mnpm. Po drodze z góry widzimy bezkresne połacie śnieżne nietknięte ludzką stopą czy też nartą. Poezja!!! Widoki też fantastyczne bo pogoda wyśmienita – ani jednej chmury i doskonała widoczność. Na górze można przesiąść się na krzesełka, które dość ślamazarnie zawożą na 3800 mnpm lub też zabrać się jednym z ratraków gotowym zawieźć chętnych za 200 rubli do Priuta 11 (4150 mnpm) lub za 100 rubli więcej aż do Skał Pastuchowa na 4600 mnpm. Oczywiście niewiele się namyślając decydujemy się jechać najwyżej jak tylko się da, czyli do Skał Pastuchowa. Tak też robimy i po jakiś 20 minutach wysiadamy wraz z paroma innymi śmiałkami na około 4600 mnpm. Elbrus z Priuta 11Czuć, że powietrze jest tutaj naprawdę mocno rozrzedzone, toteż lekko kręci nam się w głowach. Ale jakie widoki, jaki śnieg, jakie góry... Robimy szybko zdjęcia i mając szaleństwo w oczach zapinamy dechy i najpierw dość ostrożnie zjeżdżamy śladem ratraka (po bokach goły lód) by w końcu gdy lód się skończy puścić się „na krechę” w dół po puchu. Zjeżdżamy do Priuta 11, który spalił się jakieś 2 lata temu, oglądamy też nowego Priuta, który buduje się obok, po czym znów puszczamy się na krechę do górnej stacji krzesełek i tam już normalnie trasą zjeżdżamy do dolnej stacji krzesełek i dalej do pośredniej gondolki wspaniałym żlebem szerokim chyba na kilometr na którym można wyczyniać naprawdę cuda. Dalej nie da się jechać bo słońce roztopiło śnieg, ale dowiadujemy się że zimą jest ten odcinek przejezdny, czyli praktycznie można zjechać z 4600 mnpm do 2300 mnpm zaliczając różnicę wzniesień 2300 m i kilkanaście kilometrów fantastycznej trasy z niesamowitymi możliwościami na różnego rodzaje offroady, czyli jazdę poza wyznaczoną trasą. Spalony Priut 11 na tle ElbrusuChoć masyw Elbrusa stanowi park narodowy to jednak można jeździć gdzie się chce i na ile pozwala wyobraźnia, nikt nie krzyczy nie goni, nikt nie wjedzie pod deskę, jednym słowem raj. Jeśli chodzi o ludzi, którzy jeżdżą na Kaukazie, to wyłącznie są to Rosjanie i to tacy którzy mają sporo pieniędzy, praktycznie w całości z Moskwy. Spotkaliśmy co prawda 2 Francuzów i 3 Włochów, ale oni byli tylko zainteresowani zdobyciem Elbrusa. Dominują tutaj snowborderzy i nic dziwnego są tu wręcz wymarzone dla nich warunki, trochę mniej jest narciarzy, sporo też widzi się ludzi uprawiających skialpinizm (również wymarzone warunki). Rosjanie jeżdżący na jednej desce z reguły mają bardzo drogi sprzęt, głównie topowe modele Burtonów, jednak czy to narciarze czy snowboardziści w większości jeżdżą oni dość słabo i prezentują raczej mizerny poziom.
Tego dnia zjechaliśmy jeszcze kilka razy w górnej części trasy, od górnych krzeseł do górnej gondoli i tylko ze dwa razy do pośredniej stacji gondoli, gdyż w niższych partiach śnieg był już mokry i słabo niósł.
Wieczorkiem uderzyliśmy do knajpki na kolację i piwo oraz nieoczekiwane atrakcje, związane ze świętowaniem przez Rosjan prazdnika 1 Maja. Gawiedź chlała wódę szklankami, kobiety tańczyły na stołach, dominowała muzyka w stylu discopolo, z tym że po rosyjsku, jednym słowem impreza na bogato. W momencie, gdy impreza osiągnęła apogeum i w powietrzu zaczęły latać krzesła, stwierdziliśmy, że pora na nas i wróciliśmy do naszej kwatery.
Zjazd z górnej stacji krzesełek Na drugi dzień pogoda załamała się maksymalnie. W nocy padał śnieg (zresztą każdą noc pada śnieg, także rano jeździ się po świeżym puchu) a w dzień chmury zeszły bardzo nisko i zrobiła się straszna mgła. Mimo to pojechaliśmy do Azau i znów kupiwszy abonament, wjechaliśmy na górę. Tego dnia nie chodziły krzesła, można było jednak jechać w górę ratrakiem (później dowiedzieliśmy się, że jeden z nich zgubił się we mgle i szukali go pół dnia). Tymczasem my wjechaliśmy jako pierwsi na górę i jako pierwsi zaczęliśmy zjeżdżać na dół. Mgła zrobiła się taka gęsta, że nie widziałem miejscami czubka swojej deski, zjeżdżając opierałem się wyłącznie na słuchu, tzn. starałem się cały czas trzymać blisko gondoli, żeby nie pobłądzić, bądź nie wpaść do jakiejś szczeliny, czy też w jakieś urwisko. Koszmar. Tego dnia zjechałem jeszcze raz, po czym stwierdziliśmy z kumplem, że nie ma to sensu i wróciliśmy na kwaterę. Przy okazji poznaliśmy trójkę ludzi z Ukrainy, przy czym wyszło na jaw, że jeden z nich mieszka i pracuje w Warszawie.
Na trzeci dzień - 3 maja pakujemy plecaki, w planach mamy nocleg w Priucie 11 po to by następnego dnia zaatakować Elbrusa. Przy okazji dowiadujemy się że górna gondolka się zepsuła i nie jeździ, także przynajmniej nie żałujemy że stracimy dzień na bezczynności. Po południu wjeżdżamy tylko do stacji Mir i dalej na piechotę idziemy do górnej stacji. Pogoda znów wspaniała, słońce świeci niemiłosiernie. Po 1,5 godz. osiągamy górną stację i dokładnie w tym samym momencie rusza górna gondola, którą właśnie naprawiono. To nas dobija, dlatego też postanawiamy dalej pojechać ratrakiem i faktycznie tak robimy. W nowym Priucie 11 panują naprawdę spartańskie warunki, jedynym objawem cywilizacji jest stary piec z olbrzymią butlą gazową, z którego zresztą można korzystać. Tak więc resztę czasu spędzamy na topieniu śniegu i gotowaniu zupek oraz herbaty. Aklimatyzację mamy całkiem niezłą, więc nie narzekamy na objawy choroby wysokościowej. W nocy trochę dokucza nam mróz, temperatura w środku schronu spada do ok. -10oC, jednak nasze puchowe śpiwory Małachowskiego w pełni się sprawdzają. Nastawiamy budziki na 4:30 rano i idziemy spać. W nocy pogoda się psuje, strasznie sypie śniegiem, także zamiast o 5:00 wstajemy o 7:00 i już wiemy że z naszego wejścia na Elbrusa wyjdą nici. Z Priuta idzie się na szczyt ok. 8–10 godz. także raczej nie mamy szans aby w tym samym dniu wejść na Elbrusa i znaleźć się w Terskole, w dodatku pogoda jest mocno niepewna. Z żalem rezygnujemy z naszych planów ale zgodnie stwierdzamy że jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa i za rok zaatakujemy ponownie. Widok ze Skał Pastuchowa na GruzjeW Terskole zostaje mój kompan, który się trochę przeziębił, ja natomiast biorę deskę i wracam w góry. Tam spotykam naszych przyjaciół z Ukrainy i razem postanawiamy zrobić jakiś fajny freeride. Wjeżdżamy więc krzesłami na górę, trochę jeszcze podchodzimy kilkadziesiąt metrów w górę i puszczamy się daleko w prawą stronę od żlebu którym wszyscy zjeżdżają. To jest dopiero zabawa, fantastyczny śnieg, przez nikogo nie zjeżdżony, bardzo zróżnicowany teren. Szerokim łukiem omijamy dość sporą szczelinę i po paru kilometrach wyjeżdżamy na trasę w jej końcowej, dolnej części. Kolejny zjazd postanawiamy zrobić bezpośrednio pod linią kolejki gondolowej. Tutaj teren też jest dość ciekawy choć nie ma tylu możliwości do jazdy. Żleby są mocno strome, sporo skał, trzeba nieźle kombinować. Tego dnia w sumie zjechałem 4 razy z górnych krzeseł do pośredniej gondolki i trochę czułem to w nogach.
W ostatnim dniu znów mgła i silne opady śniegu, które przeczekujemy w knajpce na pośredniej stacji gondolki. Koło południa pogoda jednak się poprawia i znów zaliczamy kilka fajnych zjazdów i parę niezłych freeridów.
6 maja rano z pewnymi perturbacjami (spóźnił się nasz przewoźnik z którym umawialiśmy się na powrót) za 280 rubli od głowy wracamy do Mineralnych Wód, skąd odjeżdżamy pociągiem nr 25 o godz. 15:22 do Kijowa. W Kijowie żegnamy się z Tanią, Witą i Ilko, zaliczamy syntetyczny posiłek w Mcdonaldzie i pierwszym pociągiem wracamy do Lwowa, gdzie wraz z grupką częstochowian wynajmujemy mikrobusa za 100 hrywien do granicy i dalej wracamy do Polski.

1 | 2 | 3

design by e. & dyszkin

copyright 2001 dyszkin